Polska to dziwny kraj. Jest grupa pasjonatów, ornitologów, którzy jak co roku chcą badać ptaki w kilku nadmorskich rezerwatach. Jednak na ich drodze stają urzędnicy i mówią: Nie przejdziecie. A ja, Bubas, pyta: Dlaczego im zabrania się przechodzić, a nie czyni się tego w przypadku na przykład wędrujących śledzi? Zaraz mi ktoś przypomni, że śledzie depczą po pewnej mieliźnie, bo tam karty rozdaje inny urząd, już nie od ochrony środowiska, tylko od morza, ale...
kiedy ornitolodzy chcą prowadzić obserwacje, tuż pod okiem mew, pikujących nad ujściem Wisły, trwają w najlepsze prace, prowadzone z użyciem ciężkiego sprzętu, które mają udrożnić i pogłębić. Prace prowadzi inna instytucja, o wdzięcznej nazwie RZGW. Owa instytucja, za nic ma okres lęgowy ptaków, i fakt, że pracuje w rejonie, gdzie znajduje się jedyna krajowa kolonia rybitw czubatych i jedna z największych w Polsce kolonii rybitw rzecznych. RZGW nie uzyskała wymaganych decyzji od innych instytucji, zajmujących się ochroną przyrody w zakresie płoszenia i niszczenia siedlisk gatunków chronionych.
RZGW zrobiło jednak swoje, a ornitolodzy, mam nadzieję też się nie poddadzą. Bo tylko w nich nadzieja, że uda się ocalić przyrodę w tym niezwykłym zakątku Polski.
O wzlotach i upadkach Homo sapiens w świecie polskiej, i nie tylko, przyrody.
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
niedziela, 17 kwietnia 2011
Czasami szkoda płetwy na klawiaturę
W życiu Bubasa dzieje się wiele. Zestarzał się o kolejny rok, i w zasiedlonym przez siebie basenie świętował okrągłą, dwutrójkową rocznicę. Dotarły też do Bubasa wieści, że do Bałtyku wypuszczą małe foki, które urodziły się w tym roku w warszawskim ZOO.
Bubas zastanawia się, czy takie foki poradzą sobie z naturalnym żywiołem, skoro dorastają w warunkach ogrodu zoologicznego, i nikt ich nie trenuje w zakresie bałtyckiego survivalu. Bubas myśli też sobie, czy przypadkiem nie jest tak, że opiekunowie warszawskich szarych, nie powinni zapobiegać kolejnym narodzinom w zoologu. To już nie pierwsze warszawskie pokolenie fok, które przychodzi na świat, i nie ma prostego sposobu na rozwiązanie problemu przefoczenia basenu w ZOO.
Wkrótce okaże się, co z odległymi krewnymi z Warszawy. Oby było jak najlepiej.
Bubasowi uderza do głowy wiosna. I dlatego, rzadziej melduje się przed komputerem, bo kiedy wiosnę czuje w płetwach, szkoda płetw na klawiaturę. O swojej szufladzie z notatkami, nie zapomina, i z mniejszą bądź większą regularnością, będzie publikował swoje wpisy.
Bubas zastanawia się, czy takie foki poradzą sobie z naturalnym żywiołem, skoro dorastają w warunkach ogrodu zoologicznego, i nikt ich nie trenuje w zakresie bałtyckiego survivalu. Bubas myśli też sobie, czy przypadkiem nie jest tak, że opiekunowie warszawskich szarych, nie powinni zapobiegać kolejnym narodzinom w zoologu. To już nie pierwsze warszawskie pokolenie fok, które przychodzi na świat, i nie ma prostego sposobu na rozwiązanie problemu przefoczenia basenu w ZOO.
Wkrótce okaże się, co z odległymi krewnymi z Warszawy. Oby było jak najlepiej.
Bubasowi uderza do głowy wiosna. I dlatego, rzadziej melduje się przed komputerem, bo kiedy wiosnę czuje w płetwach, szkoda płetw na klawiaturę. O swojej szufladzie z notatkami, nie zapomina, i z mniejszą bądź większą regularnością, będzie publikował swoje wpisy.
środa, 13 kwietnia 2011
Nadwiślański emirat łupkowy
Będziemy mieli nowe państwo na mapie Europy. Emirat łupkowy, który już istnieje w głowach marzycieli o polskim imperium. O zaletach gazowej łupaniny napisał nawet "Gość niedzielny", wietrząc jednocześnie światowy spisek przeciwko Polsce. Ale o spiskach nie będę pisał, bo są znacznie lepsi "fachowcy", od roztrząsania wszelkich odmian tajnych porozumień. Przytoczę tylko pewien cytat z "Gościa". Cytat, który uspokaja czytelników tego pisma, że najpierw coś zniszczą, ale potem, przywrócą do stanu przed wierceniami... Istny cud?
"– Realnym problemem przy eksploatacji złóż gazu łupkowego może być to, że w czasie robienia odwiertów próbnych całkiem spory teren wokół wiertni zamieniany jest na składowisko – mówi dr Paweł Poprawa z Państwowego Instytutu Geologicznego. – Tam jest magazyn rur i różnego rodzaju sprzętu, parkuje kilka, czasami kilkanaście tirów. To wszystko nie jest piękne, ale dotyczy tylko pierwszego okresu eksploatacji. Później teren jest rekultywowany i przywracany do stanu sprzed wierceń. Pozostaje sam zawór i niewielki teren wokoło – tłumaczy dr Poprawa. Wraz z rozwojem technologii wierci się jednak coraz mniej. Już dzisiaj z jednej lokalizacji robi się 20–30 otworów. Duży teren eksploatuje się z jednego punktu na powierzchni. Po to, by to oddziaływanie na krajobraz było jak najmniejsze. To nie zmienia jednak faktu, że w okresie budowy i pierwszych prób do każdego z takich otworów przyjeżdżają tiry ze sprzętem, a to generuje hałas i pył. Drogi, jakie będą budowane do poszczególnych odwiertów, będą wąskie. Jeżdżące nimi ciężkie samochody mogą być dla mieszkańców (o ile tacy będą w pobliżu odwiertów) uciążliwe. Trzeba jednak przyznać, że ten problem jest jednorazowy. Samochody muszą przywieźć sprzęt. Nie będą tygodniami jeździły tam i z powrotem. Hałas generuje też samo wiercenie otworu, które może trwać nawet kilka tygodni. Znacznie krócej, bo zaledwie kilka, kilkanaście godzin, hałasują generatory wtłaczające pod ziemię wodę. Jej wysokie ciśnienie powoduje, że skały pękają, a z pęknięć może wypłynąć gaz. Ten proces nazywa się szczelinowaniem. By hałas wiercenia i generatorów był jak najmniej dokuczliwy, wiertnie obudowuje się czasami ekranami akustycznymi."
Jednym słowem doktor Poprawa uspokoił czytelników, mówiąc, zniszczy się wszystko, ale potem przywróci do stanu przed wierceniami. Doprawdy, nadwiślański emirat łupkowy, to będzie jakiś kraj cudotwórców.
"– Realnym problemem przy eksploatacji złóż gazu łupkowego może być to, że w czasie robienia odwiertów próbnych całkiem spory teren wokół wiertni zamieniany jest na składowisko – mówi dr Paweł Poprawa z Państwowego Instytutu Geologicznego. – Tam jest magazyn rur i różnego rodzaju sprzętu, parkuje kilka, czasami kilkanaście tirów. To wszystko nie jest piękne, ale dotyczy tylko pierwszego okresu eksploatacji. Później teren jest rekultywowany i przywracany do stanu sprzed wierceń. Pozostaje sam zawór i niewielki teren wokoło – tłumaczy dr Poprawa. Wraz z rozwojem technologii wierci się jednak coraz mniej. Już dzisiaj z jednej lokalizacji robi się 20–30 otworów. Duży teren eksploatuje się z jednego punktu na powierzchni. Po to, by to oddziaływanie na krajobraz było jak najmniejsze. To nie zmienia jednak faktu, że w okresie budowy i pierwszych prób do każdego z takich otworów przyjeżdżają tiry ze sprzętem, a to generuje hałas i pył. Drogi, jakie będą budowane do poszczególnych odwiertów, będą wąskie. Jeżdżące nimi ciężkie samochody mogą być dla mieszkańców (o ile tacy będą w pobliżu odwiertów) uciążliwe. Trzeba jednak przyznać, że ten problem jest jednorazowy. Samochody muszą przywieźć sprzęt. Nie będą tygodniami jeździły tam i z powrotem. Hałas generuje też samo wiercenie otworu, które może trwać nawet kilka tygodni. Znacznie krócej, bo zaledwie kilka, kilkanaście godzin, hałasują generatory wtłaczające pod ziemię wodę. Jej wysokie ciśnienie powoduje, że skały pękają, a z pęknięć może wypłynąć gaz. Ten proces nazywa się szczelinowaniem. By hałas wiercenia i generatorów był jak najmniej dokuczliwy, wiertnie obudowuje się czasami ekranami akustycznymi."
Jednym słowem doktor Poprawa uspokoił czytelników, mówiąc, zniszczy się wszystko, ale potem przywróci do stanu przed wierceniami. Doprawdy, nadwiślański emirat łupkowy, to będzie jakiś kraj cudotwórców.
wtorek, 12 kwietnia 2011
Pomnik drogowca
Jest w Polsce kilka takich miejsc, które mogą służyć za pomnik polskiego drogowca. Najlepiej zachowane ślady tego wiekopomnego monumentu znajdziemy na trasie niedokończonej olimpijki, która na fali przyjaźni, miała połączyć towarzyszy sportowców, pędzących na olimpiadę w Moskwie. Jednak nie wszyscy dostrzegają "talent" polskiego drogowca.
Najgorsi są przyrodnicy i ekolodzy. Bo przez nich trzeba chronić te ryby, rzeki, ptaki, lasy i bagna. Co więcej są też owady i inne, na przykład słynne minogi z Wisły. Wiadomo minóg nie ryba, więc po co nam minóg.
I co? I nijak drogi nie można wybudować. Drogowcy konsekwentnie wykorzystują motyw wroga autostrad, i niczym władza ludowa ostrzegają przed wrogami ludu. Za pośrednictwem mediów próbują ukazać złych zielonych bandytów, grabiących majątek skarbu państwa. Albo mówią o ekologach, którym płacą wrogie mocarstwa, za siedzenie nad Rospudą.
Nie inny w swojej wymowie jest tekst z dzisiejszej wyborczej. Autor tego artykułu postanowił zostać ostatnim sprawiedliwym, który stanie w obronie drogowców. A drogowcy zatarli ręce, i pożalili się na łamach dziennika, i zainspirowali powstanie mapy z ikonami ryby i ptaków, aby zobrazować skalę problemu.
Nikt nie dotyka jednak sedna problemu. To, że w Polsce nieudolnie buduje SIĘ. Skoro rząd nie potrafi zmodernizować kolejowej infrastruktury, to i z drogami nie będzie lepiej. A jak już są unijne fundusze, to buduje się na oślep albo na EURO 2012. Może to dlatego ostatnio mamy taki wysyp planowanych lotnisk, bo władze łapią się brzytwy, tym razem skrzydlatej.
Tymczasem z naszymi drogowcami i ich talentem do budowy autostrad jest tak, jak z drogowcami zaskoczonymi zimą. Ci drudzy też mają swój pomnik. Bałwana.
Najgorsi są przyrodnicy i ekolodzy. Bo przez nich trzeba chronić te ryby, rzeki, ptaki, lasy i bagna. Co więcej są też owady i inne, na przykład słynne minogi z Wisły. Wiadomo minóg nie ryba, więc po co nam minóg.
I co? I nijak drogi nie można wybudować. Drogowcy konsekwentnie wykorzystują motyw wroga autostrad, i niczym władza ludowa ostrzegają przed wrogami ludu. Za pośrednictwem mediów próbują ukazać złych zielonych bandytów, grabiących majątek skarbu państwa. Albo mówią o ekologach, którym płacą wrogie mocarstwa, za siedzenie nad Rospudą.
Nie inny w swojej wymowie jest tekst z dzisiejszej wyborczej. Autor tego artykułu postanowił zostać ostatnim sprawiedliwym, który stanie w obronie drogowców. A drogowcy zatarli ręce, i pożalili się na łamach dziennika, i zainspirowali powstanie mapy z ikonami ryby i ptaków, aby zobrazować skalę problemu.
Nikt nie dotyka jednak sedna problemu. To, że w Polsce nieudolnie buduje SIĘ. Skoro rząd nie potrafi zmodernizować kolejowej infrastruktury, to i z drogami nie będzie lepiej. A jak już są unijne fundusze, to buduje się na oślep albo na EURO 2012. Może to dlatego ostatnio mamy taki wysyp planowanych lotnisk, bo władze łapią się brzytwy, tym razem skrzydlatej.
Tymczasem z naszymi drogowcami i ich talentem do budowy autostrad jest tak, jak z drogowcami zaskoczonymi zimą. Ci drudzy też mają swój pomnik. Bałwana.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Skrzydlata Polska
Polska na poważnie zamierza wzbić się w powietrze. Wzbić z miejsc, gdzie mgieł wiele, łatwo wlecieć na ptaki, albo trzeba wyciąć las, w celu ułożenia pasa startowego. Do tego dochodzą pomysły władz samorządowych i wojewódzkich, które będą promować swój region w niebie. Jeszcze chwila, i usłyszymy o pomyśle budowy terminalu, przygotowanego do obsługi lotów okołoziemskich i kosmicznych.
Pomysł na podróże samolotem przełamał już konwencję groteski. Bo ten pomysł, o ile zostanie zrealizowany, grozi niebezpieczeństwem dla pasażerów, których będzie ładować się do samolotów lądujących bądź startujących w rejonach podwyższonego ryzyka. Modlin, położony w pobliżu miejsca, gdzie spotykają się duże rzeki, podobnie Tykocin, nad Narwią, ze szlakami migracji ptaków, wytyczonymi w tych rejonach. Z kolei na Warmii, w rejonie Olsztynka, miał powstać pas startowy, który oznaczałby wycięcie lasu.
Wszystkie te lotniska łączy jeden wspólny mianownik. Powstają w chybionych lokalizacjach, w oddaleniu od miejsc, gdzie mieszkają ewentualni pasażerowie, są forsowane na siłę, ku chwale gminy i województwa, spełniając zachcianki miejscowych kacyków i wymogi sprzedaży wyborcom wspaniałych pomysłów na rozwój ich małych ojczyzn. Jeśli się coś nie powiedzie, to wszystko będzie można zrzucić na zielonych, co protestują, i niweczą "wizjonerskie plany" regionalnych zarządów. A jak powstaną, to miejscowa społeczność, i tak nie będzie korzystać z tego lotniska, bo nie znajdzie się aż tylu chętnych do latania po świecie.
A decydenci, odpowiedzialni za rozwój powierzonych im terytoriów, mają w czterech literach fakty. To, że z Białegostoku wygodniej i szybciej do Warszawy czy Krakowa, można byłoby dojechać pociągiem, ale zamiast inwestowania w szybką kolej, oni wybudują lotnisko. Nie tylko ci z Białegostoku mają równie kuriozalne pomysły. Podkarpackie za 24 miliony złotych będzie promować Podkarpackie w niebie, na i w samolotach taniego przewoźnika Ryanair. Z tego co wiem, Ryanairem mieszkańcy podkarpackiego raczej wyjeżdżają, często w celu zmiany miejsca zamieszkania i pracy, ale innego zdania są urzędnicy. Z kolei 900 tysięcy złotych domagają się wykonawcy analiz, które zamówił marszałek województwa podlaskiego. Oczywiście ich ocena zrobiona za ponad półtora miliona złotych poszła do kosza, pieniądze jednak zostały na ich koncie. A teraz kiedy zleceniodawca mówi poprawcie, zleceniobiorca mówi, to znów mi zapłaćcie.
Ostatnio polski rząd uskarżał się, że nie ma pieniędzy na budowę dróg. I chce zabrać fundusze na budowę i modernizację kolei. Ale jak można przeczytać, są pieniądze na promocję w niebie. Podejrzewam, że takich pomysłów można będzie znaleźć więcej, a zbierając do jednego koszyka, znalazłyby się i pieniądze i na budowę dróg i na modernizację kolei.
Pomysł na podróże samolotem przełamał już konwencję groteski. Bo ten pomysł, o ile zostanie zrealizowany, grozi niebezpieczeństwem dla pasażerów, których będzie ładować się do samolotów lądujących bądź startujących w rejonach podwyższonego ryzyka. Modlin, położony w pobliżu miejsca, gdzie spotykają się duże rzeki, podobnie Tykocin, nad Narwią, ze szlakami migracji ptaków, wytyczonymi w tych rejonach. Z kolei na Warmii, w rejonie Olsztynka, miał powstać pas startowy, który oznaczałby wycięcie lasu.
Wszystkie te lotniska łączy jeden wspólny mianownik. Powstają w chybionych lokalizacjach, w oddaleniu od miejsc, gdzie mieszkają ewentualni pasażerowie, są forsowane na siłę, ku chwale gminy i województwa, spełniając zachcianki miejscowych kacyków i wymogi sprzedaży wyborcom wspaniałych pomysłów na rozwój ich małych ojczyzn. Jeśli się coś nie powiedzie, to wszystko będzie można zrzucić na zielonych, co protestują, i niweczą "wizjonerskie plany" regionalnych zarządów. A jak powstaną, to miejscowa społeczność, i tak nie będzie korzystać z tego lotniska, bo nie znajdzie się aż tylu chętnych do latania po świecie.
A decydenci, odpowiedzialni za rozwój powierzonych im terytoriów, mają w czterech literach fakty. To, że z Białegostoku wygodniej i szybciej do Warszawy czy Krakowa, można byłoby dojechać pociągiem, ale zamiast inwestowania w szybką kolej, oni wybudują lotnisko. Nie tylko ci z Białegostoku mają równie kuriozalne pomysły. Podkarpackie za 24 miliony złotych będzie promować Podkarpackie w niebie, na i w samolotach taniego przewoźnika Ryanair. Z tego co wiem, Ryanairem mieszkańcy podkarpackiego raczej wyjeżdżają, często w celu zmiany miejsca zamieszkania i pracy, ale innego zdania są urzędnicy. Z kolei 900 tysięcy złotych domagają się wykonawcy analiz, które zamówił marszałek województwa podlaskiego. Oczywiście ich ocena zrobiona za ponad półtora miliona złotych poszła do kosza, pieniądze jednak zostały na ich koncie. A teraz kiedy zleceniodawca mówi poprawcie, zleceniobiorca mówi, to znów mi zapłaćcie.
Ostatnio polski rząd uskarżał się, że nie ma pieniędzy na budowę dróg. I chce zabrać fundusze na budowę i modernizację kolei. Ale jak można przeczytać, są pieniądze na promocję w niebie. Podejrzewam, że takich pomysłów można będzie znaleźć więcej, a zbierając do jednego koszyka, znalazłyby się i pieniądze i na budowę dróg i na modernizację kolei.
piątek, 8 kwietnia 2011
Problemy Bubasa ze zdrowiem
Bubasowi zdrowie nie dopisuje. Rozchorował się i próbuje obronić przed kolejnym atakiem wirusowo-bakteryjnej zapaści. To nie był najlepszy tydzień w historii zdrowia i choroby bubasowego ekosystemu. Nudności, silny katar i ból. Wszystko w stanie pół-gorączki. Może to był tylko zły sen. Bubasowi póki co płetwa opada na kołdrę, zamiast na klawiaturę.
Jeszcze tu wrócę! Teraz chwila regeneracji niezbędnej po chorobowych wstrząsach.
Jeszcze tu wrócę! Teraz chwila regeneracji niezbędnej po chorobowych wstrząsach.
czwartek, 7 kwietnia 2011
Broń biologiczna polskich polityków
Doprawdy, dziwny jest ten świat polityki. Politycy opcji, która widzi w ochronie przyrody zagrożenie dla narodu, wołają w obronie bałtyckich morświnów. Fotografują się z fantomem morświna w ręku, i żonglują nim w sobie wygodny sposób.
Warto zapytać się ową opcję, co zrobiła dla morświnów, poza obecnie deklarowanym i interesownym poparciem. Bo morświn w rękach tej opcji, jest swoistą propagandową bronią biologiczną, i wykorzystuje się go w walce z urojonym niemiecko-rosyjskim spiskiem gazowym.
Co innego, gdyby gazociąg był z Norwegii do Polski. Wtedy nikt nie zastanawiałby się nad jego oddziaływaniem wśród wspomnianych na wstępie polityków, nawet jeśli ów gazociąg przebiegałby w całości w rejonie, gdzie istnieje największe prawdopodobieństwo występowania morświnów.
Tymczasem morświnów w Bałtyku jest coraz mniej. Obecnie naukowcy prowadzą kompleksowe badania dotyczące tych morskich ssaków. I wszystko wskazuje na to, że morświnów w Bałtyku nie ma już w liczbie 600, a najprawdopodobniej jest ich sześć razy mniej. I wcale nie giną od gazociągu, ale najczęściej w rybackich sieciach.
Na sam koniec, stosowny obrazek pod tym adresem.
Warto zapytać się ową opcję, co zrobiła dla morświnów, poza obecnie deklarowanym i interesownym poparciem. Bo morświn w rękach tej opcji, jest swoistą propagandową bronią biologiczną, i wykorzystuje się go w walce z urojonym niemiecko-rosyjskim spiskiem gazowym.
Co innego, gdyby gazociąg był z Norwegii do Polski. Wtedy nikt nie zastanawiałby się nad jego oddziaływaniem wśród wspomnianych na wstępie polityków, nawet jeśli ów gazociąg przebiegałby w całości w rejonie, gdzie istnieje największe prawdopodobieństwo występowania morświnów.
Tymczasem morświnów w Bałtyku jest coraz mniej. Obecnie naukowcy prowadzą kompleksowe badania dotyczące tych morskich ssaków. I wszystko wskazuje na to, że morświnów w Bałtyku nie ma już w liczbie 600, a najprawdopodobniej jest ich sześć razy mniej. I wcale nie giną od gazociągu, ale najczęściej w rybackich sieciach.
Na sam koniec, stosowny obrazek pod tym adresem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
