Jastarnia zawsze zadziwiała mnie swoją "pomysłowością" w działaniach promocyjnych. Nie tak dawno stała murem za śledziami maszerującymi przez Ryf Mew, którzy chcieli uczynić z jednego z nielicznych zakątków Zatoki Puckiej, atrakcję na miarę Morskiego Oka. Teraz władze Jastarni chwalą się Dniami Węgorza.
Zatoka Pucka nie ma szczęścia do osób, które planują atrakcje turystyczne w okresie letnim. W sierpniu odbędą się tam wspomniany Marsz Śledzia, którego organizatorzy oskarżyli przyrodników, sprzeciwiających się promowaniu turystyki na Ryfie o "ekoholokaust Polaków", co odpowiednio pozycjonuje charakter imprezy. Drugim sierpniowym show "Made in Jastarnia", które cieszy się aprobatą władz Jastarni są wspomniane Dni Węgorza.
Co to takiego? Z pozoru niewinny festyn z atrakcjami dla turystów. Wśród nich znajduje się również konkurencja pod nazwą łapanie węgorza. I wcale nie chodzi tutaj o symulację z udziałem fantomów tej krytycznie zagrożonej wyginięciem ryby. W Jastarni tłum może łapać żywe węgorze gołymi rękami.
Urzędnicy odpowiedzialni za promocję Jastarni pękają z dumy i trąbią mediom: To prawdziwy hit wśród turystów. Już tydzień wcześniej jest komplet zawodników. Ich średnia liczba wynosi w dniu zawodów około 150 osób. Węgorze trafiają do akwarium i tam są chwytane. Turysta łup może zabrać w reklamówce.
Jastarnia doczekała się zatem swoich węgorzowych igrzysk. Zresztą w wypowiedzi dla "Dziennika Bałtyckiego" burmistrz Jastarni wspomina o jeszcze jednym aspekcie zawodów: "większy sprzeciw może budzić np. solenie żywych węgorzy, bo tak je się przygotowuje do preparowania". Z tego co wiem, świadomy wędkarz nie będzie solił żywego węgorza, ale jak można wywnioskować ze słów burmistrza, w Jastarni dzieje się inaczej.
Żywe węgorze europejskie na zawody w Jastarni dostarczają rybacy. Oczywiście dorabia się do tego nową lokalną tradycję - bo przecież rybacy od dawna łapali węgorze i wyjmowali je rękami z sieci. I tutaj napiszę, no właśnie z sieci, a nie z akwarium. Przypominam, że te węgorze są zagrożone wyginięciem, ich liczebność na przestrzeni ostatnich 30 lat zmniejszyła się o 95 procent, a Ministerstwo Środowiska przyznało w marcu tego roku, że sytuacja tej ryby jest zła, i wprowadziło zakaz importu węgorzy do Polski.
Organizatorzy mówią: nie męczymy węgorzy. Czyżby? Do tego nazywają Dni Węgorza świętem tej ryby. Płetwa opada...
O wzlotach i upadkach Homo sapiens w świecie polskiej, i nie tylko, przyrody.
poniedziałek, 20 czerwca 2011
środa, 8 czerwca 2011
Czy oddadzą narodowi?
W czwartek w sejmowej podkomisji, posłowie, którym kończy się jesienią termin ważności, będą radzić nad projektem zmiany ustawy o ochronie przyrody. Jak pokazali już owi posłowie los obywatelskiej inicjatywy, która ma pomóc chronić między innymi Puszczę Białowieską, poprzez umożliwienie poszerzenia granic parku narodowego, nie jest pewny.
Przypomnijmy sobie, jak najpierw lewica, powiedziała niet, chociaż kilka miesięcy przed wypowiedzeniem przeciw, była za, i mówiła, jesteśmy za obywatelskim projektem zmian. Oczywiście te kilka miesięcy zmieniło perspektywę, tę wyborczą, bo gra idzie o wielką stawkę, o utrzymanie i powiększenie strefy wpływów na sejmowych ławach, w nadchodzących wyborach. A że lewica tradycyjnie mogła liczyć na mieszkańców Hajnówki i okolic, przeciwnych poszerzaniu parków narodowych bez prawa samorządowego weta, zmieniał trajektorię swojej wyborczej strategii.
Centrum i prawica też są nieprzewidywalne. Nie wiemy, co wymyślą ci z ekipy rządzącej, bo walka o przetrwanie na szczytach władzy rozpoczyna się na wielką skalę. Prawica też za bardzo ochrony przyrody nie rozumie i w tym zakresie angażuje się w obronę korporacji LP przed prywatyzacją, co jak pokazuje przykład z Puszczy Białowieskiej, wcale nie oznacza ocalenia unikatowego leśnego ekosystemu. Obawiam się, że znów może przegrać przyroda i wraz z nią, my, obywatele, nie tylko te ćwierć miliona ludzi podpisanych pod inicjatywą zmiany szkodliwego prawa w zakresie tworzenia parków narodowych.
Drodzy posłowie, nie głosowałem na was i nie zagłosuję, ale wśród tych 250 tysięcy podpisanych są też wasi wyborcy. Uszanujcie ich apel i oddajcie polskiemu społeczeństwu parki narodowe. Nie zostawiajcie w rękach samorządowej samowolki decyzji w sprawie przyszłości najcenniejszych przyrodniczo obszarów w naszym kraju. Pozwólcie Ministerstwu Środowiska mieć ostateczny głos w sprawie powstania bądź poszerzenia parków narodowych!
Przypomnijmy sobie, jak najpierw lewica, powiedziała niet, chociaż kilka miesięcy przed wypowiedzeniem przeciw, była za, i mówiła, jesteśmy za obywatelskim projektem zmian. Oczywiście te kilka miesięcy zmieniło perspektywę, tę wyborczą, bo gra idzie o wielką stawkę, o utrzymanie i powiększenie strefy wpływów na sejmowych ławach, w nadchodzących wyborach. A że lewica tradycyjnie mogła liczyć na mieszkańców Hajnówki i okolic, przeciwnych poszerzaniu parków narodowych bez prawa samorządowego weta, zmieniał trajektorię swojej wyborczej strategii.
Centrum i prawica też są nieprzewidywalne. Nie wiemy, co wymyślą ci z ekipy rządzącej, bo walka o przetrwanie na szczytach władzy rozpoczyna się na wielką skalę. Prawica też za bardzo ochrony przyrody nie rozumie i w tym zakresie angażuje się w obronę korporacji LP przed prywatyzacją, co jak pokazuje przykład z Puszczy Białowieskiej, wcale nie oznacza ocalenia unikatowego leśnego ekosystemu. Obawiam się, że znów może przegrać przyroda i wraz z nią, my, obywatele, nie tylko te ćwierć miliona ludzi podpisanych pod inicjatywą zmiany szkodliwego prawa w zakresie tworzenia parków narodowych.
Drodzy posłowie, nie głosowałem na was i nie zagłosuję, ale wśród tych 250 tysięcy podpisanych są też wasi wyborcy. Uszanujcie ich apel i oddajcie polskiemu społeczeństwu parki narodowe. Nie zostawiajcie w rękach samorządowej samowolki decyzji w sprawie przyszłości najcenniejszych przyrodniczo obszarów w naszym kraju. Pozwólcie Ministerstwu Środowiska mieć ostateczny głos w sprawie powstania bądź poszerzenia parków narodowych!
piątek, 27 maja 2011
Przez łupek do atomu
Strategia jest prosta. Wrogiem budowy elektrowni atomowej są ekolodzy. Co w takiej sytuacji zrobić? Zrobić wszystko, aby ekologów zapluć, ośmieszyć i pokazać w jak najgorszym świetle. A że Polska nagle zaczęła marzyć o hegemonii podszytej łupkiem, to najpierw należy odnaleźć wrogie siły, które te marzenia chcą Polsce odebrać. Po drugie władza potrzebuje spektakularnych sukcesów, nawet jeśli pozostaną one w sferze życzeń.
Nie od dziś wiadomo, że nad Wisłą news o odkryciu złóż gazu łupkowego, rozbudził fantazje. W końcu gazem kraj może stanąć, nieważne za jaką cenę, ale środkowoeuropejski Kuwejt gotowy. Za łupkiem stanęło murem silne lobby, które od razu postanowiło uderzyć w twarz ekologów, i pokazać palcem zielonych "wrogów" narodowej potęgi. Nikt z lobbystów nie tłumaczy jednak ludowi, że nawet jeśli łupek stanie się ciałem, to lud nic z tego nie będzie miał. Zarobi ktoś na koncesji, i koncerny, z pewnością nie-polskie, które zrobią dobry biznes. Oczywiście problemy środowiskowe, które wiążą się z eksploatacją gazu łupkowego, nie są istotne. Właściwie nie ma miejsca na argumenty o szkodliwości takich działań.
Obrońcy narodowego dobra idą w zaparte i głoszą wszem i wobec: ekolodzy, agenci Rosji i sprzymierzeńcy sojuszu, podobno taki istnieje, o nazwie zachodnioeuropejsko-rosyjski.W tej sytuacji cała nadzieja w Ameryce. Obama przyleciał, na pewno zostanie sojusznikiem. Wirtualna Polska pisze wprost: Polska i Ameryka zmienią układ sił na świecie. Zastanawiam się kto wymyśla takie bzdury!
Inny tytuł, Polska, z polsko brzmiącym tytułem "The Times", również broni polskości, powołując się na opinię dwóch emerytowanych, nikomu nieznanych czeskich generałów, którzy zostali chętnie wysłuchani nad Wisłą i głoszą, że ekolodzy są bronią Moskwy. Generałowie są przekonani, oni nawet nie stawiają tezy, tylko nie wiem skąd pochodzi ich wiedza. Wszystko wskazuje na to, że są to przemyślenia rodem z wieczoru przy kuflu z wojakiem Szwejkiem. Tyle, że Szwejk jest zabawny, a generałowie, swoją drogą lepiej brzmiałoby pułkownicy, już takimi nie są.
Wciska się zatem kit w szpary społecznej świadomości, odwraca uwagę od realnych problemów, i nie zastanawia się nad tym, co naprawdę należy zrobić. Teraz wszystkie problemy Polski ma rozwiązać łupek. Czeka nas zatem istna łupanina, bez zasad, niewiarygodna i agresywna.
Przemyślenia czeskich generałów potwierdza anonimowy (!) przedstawiciel Ministerstwa Gospodarki - z pewnością nie jest lobbystą, tylko lobbuje - zdradzając przez przypadek autorowi tekstu o zmianie układu sił na świecie, że tak, Rosjanie ekologom przelewają ogromne sumy, a przynajmniej mogą przelewać.
Biedna polska dziewica o imieniu Łupek, jest zatem zagrożona wzięciem w jasyr, w roli pohańców, ekolodzy, zaś Wielką Portę odgrywa Moskwa. Ale są owi niezłomni mali rycerze, którzy dziewicę obronią, a jej cnotę wystawią po przegonieniu pohańców, zamorskiej dynastii. I zjednoczone Polsko-Amerykańskie imperium stanie się nowym światłem, które będzie zawsze płonąć dzięki gazowi łupkowemu, któremu w poddaństwo zostaną obrócone wszystkie inne narody świata.
Jednak to nie epilog tej "niezwyczajnej" historii z dzikich polskich pól. Okazuje się, że każdy kij ma dwa końce. I jest na jednym z nich łupek, a na drugim energetyka atomowa. Dzięki łupkom i wmawianiu ludziom, że jest wojna i zielona kolumna Rosji zagraża polskiej potędze, próbuje się zniechęcić społeczeństwo do ruchu na rzecz ochrony środowiska. Hasło: Zielony jesteś, to na pewno jesteś "ruski", idealnie wpisuje się w działania innego lobby, na rzecz budowy elektrowni atomowej, której przeciwstawiają się ekolodzy. Przecież oni nie mają racji, działają na zlecenie Rosji, będzie wmawiać ludowi łupkowo-atomowe lobby. I cel swój może niestety osiągnąć, przynajmniej przez pewien czas. A przy okazji znów zarobią Amerykanie, bo sprzedadzą Polsce technologie niezbędne do powstania jądrowego reaktora.
Każda władza, której notowania są zagrożone, będzie sięgać po mity, które sama stworzy. Wizja łupkowej potęgi, dobrze się sprzedaje, wierzą w nią nawet dziennikarze. Władza nie wybierze przecież drogi dłuższej, ale znacznie bardziej opłacalnej w perspektywie następnych 40 lat. Nie postawi na rozwój energetyki przyjaznej dla środowiska, nie będzie zwiększać efektywności energetycznej. Bo i po co. Liczy się działanie na efekt natychmiastowy, a takim jest obwieszczenie ludowi mamy łupek, bo nawet jeśli się nie uda, i nic z tego nie wyjdzie, wtedy zwali się winę na ekologów, sprzymierzonych z Rosją. I mroczne moce ponadnarodowych spisków wymierzonych w Polskę.
Nie od dziś wiadomo, że nad Wisłą news o odkryciu złóż gazu łupkowego, rozbudził fantazje. W końcu gazem kraj może stanąć, nieważne za jaką cenę, ale środkowoeuropejski Kuwejt gotowy. Za łupkiem stanęło murem silne lobby, które od razu postanowiło uderzyć w twarz ekologów, i pokazać palcem zielonych "wrogów" narodowej potęgi. Nikt z lobbystów nie tłumaczy jednak ludowi, że nawet jeśli łupek stanie się ciałem, to lud nic z tego nie będzie miał. Zarobi ktoś na koncesji, i koncerny, z pewnością nie-polskie, które zrobią dobry biznes. Oczywiście problemy środowiskowe, które wiążą się z eksploatacją gazu łupkowego, nie są istotne. Właściwie nie ma miejsca na argumenty o szkodliwości takich działań.
Obrońcy narodowego dobra idą w zaparte i głoszą wszem i wobec: ekolodzy, agenci Rosji i sprzymierzeńcy sojuszu, podobno taki istnieje, o nazwie zachodnioeuropejsko-rosyjski.W tej sytuacji cała nadzieja w Ameryce. Obama przyleciał, na pewno zostanie sojusznikiem. Wirtualna Polska pisze wprost: Polska i Ameryka zmienią układ sił na świecie. Zastanawiam się kto wymyśla takie bzdury!
Inny tytuł, Polska, z polsko brzmiącym tytułem "The Times", również broni polskości, powołując się na opinię dwóch emerytowanych, nikomu nieznanych czeskich generałów, którzy zostali chętnie wysłuchani nad Wisłą i głoszą, że ekolodzy są bronią Moskwy. Generałowie są przekonani, oni nawet nie stawiają tezy, tylko nie wiem skąd pochodzi ich wiedza. Wszystko wskazuje na to, że są to przemyślenia rodem z wieczoru przy kuflu z wojakiem Szwejkiem. Tyle, że Szwejk jest zabawny, a generałowie, swoją drogą lepiej brzmiałoby pułkownicy, już takimi nie są.
Wciska się zatem kit w szpary społecznej świadomości, odwraca uwagę od realnych problemów, i nie zastanawia się nad tym, co naprawdę należy zrobić. Teraz wszystkie problemy Polski ma rozwiązać łupek. Czeka nas zatem istna łupanina, bez zasad, niewiarygodna i agresywna.
Przemyślenia czeskich generałów potwierdza anonimowy (!) przedstawiciel Ministerstwa Gospodarki - z pewnością nie jest lobbystą, tylko lobbuje - zdradzając przez przypadek autorowi tekstu o zmianie układu sił na świecie, że tak, Rosjanie ekologom przelewają ogromne sumy, a przynajmniej mogą przelewać.
Biedna polska dziewica o imieniu Łupek, jest zatem zagrożona wzięciem w jasyr, w roli pohańców, ekolodzy, zaś Wielką Portę odgrywa Moskwa. Ale są owi niezłomni mali rycerze, którzy dziewicę obronią, a jej cnotę wystawią po przegonieniu pohańców, zamorskiej dynastii. I zjednoczone Polsko-Amerykańskie imperium stanie się nowym światłem, które będzie zawsze płonąć dzięki gazowi łupkowemu, któremu w poddaństwo zostaną obrócone wszystkie inne narody świata.
Jednak to nie epilog tej "niezwyczajnej" historii z dzikich polskich pól. Okazuje się, że każdy kij ma dwa końce. I jest na jednym z nich łupek, a na drugim energetyka atomowa. Dzięki łupkom i wmawianiu ludziom, że jest wojna i zielona kolumna Rosji zagraża polskiej potędze, próbuje się zniechęcić społeczeństwo do ruchu na rzecz ochrony środowiska. Hasło: Zielony jesteś, to na pewno jesteś "ruski", idealnie wpisuje się w działania innego lobby, na rzecz budowy elektrowni atomowej, której przeciwstawiają się ekolodzy. Przecież oni nie mają racji, działają na zlecenie Rosji, będzie wmawiać ludowi łupkowo-atomowe lobby. I cel swój może niestety osiągnąć, przynajmniej przez pewien czas. A przy okazji znów zarobią Amerykanie, bo sprzedadzą Polsce technologie niezbędne do powstania jądrowego reaktora.
Każda władza, której notowania są zagrożone, będzie sięgać po mity, które sama stworzy. Wizja łupkowej potęgi, dobrze się sprzedaje, wierzą w nią nawet dziennikarze. Władza nie wybierze przecież drogi dłuższej, ale znacznie bardziej opłacalnej w perspektywie następnych 40 lat. Nie postawi na rozwój energetyki przyjaznej dla środowiska, nie będzie zwiększać efektywności energetycznej. Bo i po co. Liczy się działanie na efekt natychmiastowy, a takim jest obwieszczenie ludowi mamy łupek, bo nawet jeśli się nie uda, i nic z tego nie wyjdzie, wtedy zwali się winę na ekologów, sprzymierzonych z Rosją. I mroczne moce ponadnarodowych spisków wymierzonych w Polskę.
środa, 25 maja 2011
Wajraka o przyrodzie pisanie
Z książkami polskich autorów o przyrodzie, jest tak jak z polskimi książkami o Afryce. Dobrych jest niewiele. Do policzenia wybitnych mogą posłużyć palce jednej ręki. Wśród tych ostatnich znajduje się bez wątpienia "Kuna za karolyferem" Adama Wajraka i Nurii.
Adama Wajraka poznałem, jak większość z was, przede wszystkim dzięki jego tekstom publikowanym w "Wyborczej". Jest on tym jednym z nielicznych dziennikarzy w opiniotwórczych mediach, który pisze o przyrodzie z pasją i zaangażowaniem, bo to jest jego świat, którego konsekwentnie się uczył, i który szczerze kocha. Przyroda dla Wajraka to coś więcej niż zadrukowane kolumny w gazecie. Wajrak nad Rospudą, Wajrak zbiera podpisy za ochroną Puszczy Białowieskiej, a teraz Wajrak w nowej edycji "Kuny za karolyferem".
Dobrze czyta się Wajraka i Nurię, właściwie płynie się między kolejnym rozdziałami. Jest tytułowa kuna, są bociany i szacowna wrona, nie zabrakło Julka. Książka polsko-hiszpańskiego tandemu jest tym, czego często brakuje w opowiadaniu o przyrodzie.
Dobre opowieści o świecie przyrody, które opierają się bylejakości, praktycznie nie pojawiają się w księgarniach, poza "Ptakami" Andrzeja Kruszewicza, albo bardzo ciekawą publikacją Filipa Zięby o tajemniczym tytule "On" - czyli "Prawie wszystko o tatrzańskim niedźwiedziu".
Dlatego, tym którzy jeszcze nie czytali, gorąco polecam "Kunę" Wajraka i Nurii. Lektura obowiązkowa nie tylko dla amatorów, ale również dla fachowców, zwłaszcza z tego naukowego skrzydła, które nie potrafi wyjaśnić ludziom dlaczego przyroda jest taka ciekawa. Zarażajcie ludzi przyrodą jak Wajrak, Nuria, Kruszewicz. Od tego czy wpoimy obywatelom naszego kraju szczerą miłość do przyrody zależy los zagrożonych gatunków i ich siedlisk, Puszczy Białowieskiej, Knyszyńskiej, polskiej części Karpat. A przede wszystkim los nas, ludzi, bo zbyt często zapominamy, że jesteśmy częścią świata przyrody.
PS. Leniwych informuję, że wystarczy kliknięcie na kulturalnysklep.pl i zakup online, albo nabycie książki w najbliższym kiosku!
Adama Wajraka poznałem, jak większość z was, przede wszystkim dzięki jego tekstom publikowanym w "Wyborczej". Jest on tym jednym z nielicznych dziennikarzy w opiniotwórczych mediach, który pisze o przyrodzie z pasją i zaangażowaniem, bo to jest jego świat, którego konsekwentnie się uczył, i który szczerze kocha. Przyroda dla Wajraka to coś więcej niż zadrukowane kolumny w gazecie. Wajrak nad Rospudą, Wajrak zbiera podpisy za ochroną Puszczy Białowieskiej, a teraz Wajrak w nowej edycji "Kuny za karolyferem".
Dobrze czyta się Wajraka i Nurię, właściwie płynie się między kolejnym rozdziałami. Jest tytułowa kuna, są bociany i szacowna wrona, nie zabrakło Julka. Książka polsko-hiszpańskiego tandemu jest tym, czego często brakuje w opowiadaniu o przyrodzie.
Dobre opowieści o świecie przyrody, które opierają się bylejakości, praktycznie nie pojawiają się w księgarniach, poza "Ptakami" Andrzeja Kruszewicza, albo bardzo ciekawą publikacją Filipa Zięby o tajemniczym tytule "On" - czyli "Prawie wszystko o tatrzańskim niedźwiedziu".
Dlatego, tym którzy jeszcze nie czytali, gorąco polecam "Kunę" Wajraka i Nurii. Lektura obowiązkowa nie tylko dla amatorów, ale również dla fachowców, zwłaszcza z tego naukowego skrzydła, które nie potrafi wyjaśnić ludziom dlaczego przyroda jest taka ciekawa. Zarażajcie ludzi przyrodą jak Wajrak, Nuria, Kruszewicz. Od tego czy wpoimy obywatelom naszego kraju szczerą miłość do przyrody zależy los zagrożonych gatunków i ich siedlisk, Puszczy Białowieskiej, Knyszyńskiej, polskiej części Karpat. A przede wszystkim los nas, ludzi, bo zbyt często zapominamy, że jesteśmy częścią świata przyrody.
PS. Leniwych informuję, że wystarczy kliknięcie na kulturalnysklep.pl i zakup online, albo nabycie książki w najbliższym kiosku!
wtorek, 24 maja 2011
Cyklon wyruszył pierwszy!
Osiem fok szarych zostało wypuszczonych wczoraj do Bałtyku. Cztery z nich były potomstwem Bubasa. Trzy przyjechały z warszawskiego ZOO. Ósma została znaleziona w stoczni w Gdyni. Teraz rozpoczęły nowe, samodzielne życie.
Natura fok nie rozpieszcza. Przez trzy tygodnie po narodzinach przebywają pod opieką matki, która karmi je niezwykle pożywnym i tłustym mlekiem. Szczenięta przybierają na wadze, zaś samica błyskawicznie zrzuca kilogramy. Po okresie karmienia, foka zostawia swoje potomstwo i rusza w dalszą wędrówkę. Szczenię zostaje w miejscu swoich narodzin, dopóki nie poczuje głodu i wiedzione instynktem nie wyruszy do morza w poszukiwaniu pokarmu.
Te kilka zwierzaków, w chwili wypuszczania, po raz pierwszy, chyba, że urodziły się w naturze, widzą morze. Bywało już tak, że zamiast wody uciekały w stronę wydmy. Zdarza się również, że siedzą tuż przy brzegu i do morza wcale się nie spieszą. W tym roku było inaczej. Przykład dał Cyklon, wychowanek warszawskiego ZOO, który chociaż najmniejszy z całej ósemki, okazał się najbardziej zdecydowanym "fokiem". Ruszył przed siebie nie oglądając się na inne foki - imię Cyklon wymusza pewne zachowania. Pozostałe foki dłużej podejmowały ostateczną decyzję. Certa i Cekin, to pozostałe dwie foki z Warszawy, oraz potomstwo Bubasa, Knop, Koga, Kil i Klif, ociągały się z wyborem nowej drogi życiowej. Natomiast Nautek poczuł zew natury, i dopiero po krótkiej chwili przypomniał sobie, skąd pochodzi. Nic na to nie wskazywało, bo w okresie przebywania w fokarium unikał kontaktu z wodą. Ale morska bryza przypomniała mu o tym, gdzie jest jego miejsce.
Dotychczas wypuszczane foki radziły sobie całkiem nieźle. Większość z nich przeżywała pierwsze miesiące. Przed nimi jednak szereg niebezpieczeństw. Przypadkowy przyłów, choroby i pasożyty, wreszcie oddziaływanie substancji chemicznych, które niestety wciąż trafiają do Bałtyku, i zostają w nim na wiele lat. Długotrwałe oddziaływanie tych chemikaliów może mieć, tak jak w przypadku człowieka, negatywny wpływ na system odpornościowy i rozrodczy foki.
Trzymam płetwy, przepraszam kciuki, za tegoroczne pokolenie fok, które właśnie wróciły do Bałtyku. Przydadzą się w naszym morzu, bo okazuje się, że liczba fok szarych znów spada, i dla Bałtyku, jest to obecnie około 20 tysięcy osobników, a nie, jak jeszcze niedawno szacowano, że 25 tysięcy. Dla porównania dodam, że jeszcze 100 lat temu było ich pięć razy więcej. Za gwałtowny spadek ich liczebności odpowiada człowiek. Homo sapiens, jako, że z definicji jest myślący, może pomyśleć teraz, jak nie dopuścić do kolejnego gwałtownego kurczenia się foczej populacji.
Poniedziałkowe wypuszczanie było wyjątkowe jeszcze z jednego powodu. Tego samego dnia, u ujścia Wisły pojawiło się w jednym miejscu 13 fok. Z kolei dalej na wschód zaobserwowano jeszcze jedną fokę. Zatem mieliśmy na polskim wybrzeżu, tego samego dnia aż 22 foki szare!
Może wkrótce foki będą częstszym gościem na naszym brzegu. W końcu jeszcze wiek temu było ich u polskich wybrzeży około 1000! Dziś w ciągu roku obserwowane są nadal rzadko.
PS. Każda z fok jest wyposażona w nadajnik. Zainteresowanych odsyłam na specjalną stronę, gdzie przez najbliższe pół roku można śledzić wędrówkę wypuszczonych fok www.wwf.pl/baza_ssaki/mapa/index.php. Polecam tę wirtualną obserwację!
Natura fok nie rozpieszcza. Przez trzy tygodnie po narodzinach przebywają pod opieką matki, która karmi je niezwykle pożywnym i tłustym mlekiem. Szczenięta przybierają na wadze, zaś samica błyskawicznie zrzuca kilogramy. Po okresie karmienia, foka zostawia swoje potomstwo i rusza w dalszą wędrówkę. Szczenię zostaje w miejscu swoich narodzin, dopóki nie poczuje głodu i wiedzione instynktem nie wyruszy do morza w poszukiwaniu pokarmu.
Te kilka zwierzaków, w chwili wypuszczania, po raz pierwszy, chyba, że urodziły się w naturze, widzą morze. Bywało już tak, że zamiast wody uciekały w stronę wydmy. Zdarza się również, że siedzą tuż przy brzegu i do morza wcale się nie spieszą. W tym roku było inaczej. Przykład dał Cyklon, wychowanek warszawskiego ZOO, który chociaż najmniejszy z całej ósemki, okazał się najbardziej zdecydowanym "fokiem". Ruszył przed siebie nie oglądając się na inne foki - imię Cyklon wymusza pewne zachowania. Pozostałe foki dłużej podejmowały ostateczną decyzję. Certa i Cekin, to pozostałe dwie foki z Warszawy, oraz potomstwo Bubasa, Knop, Koga, Kil i Klif, ociągały się z wyborem nowej drogi życiowej. Natomiast Nautek poczuł zew natury, i dopiero po krótkiej chwili przypomniał sobie, skąd pochodzi. Nic na to nie wskazywało, bo w okresie przebywania w fokarium unikał kontaktu z wodą. Ale morska bryza przypomniała mu o tym, gdzie jest jego miejsce.
Dotychczas wypuszczane foki radziły sobie całkiem nieźle. Większość z nich przeżywała pierwsze miesiące. Przed nimi jednak szereg niebezpieczeństw. Przypadkowy przyłów, choroby i pasożyty, wreszcie oddziaływanie substancji chemicznych, które niestety wciąż trafiają do Bałtyku, i zostają w nim na wiele lat. Długotrwałe oddziaływanie tych chemikaliów może mieć, tak jak w przypadku człowieka, negatywny wpływ na system odpornościowy i rozrodczy foki.
Trzymam płetwy, przepraszam kciuki, za tegoroczne pokolenie fok, które właśnie wróciły do Bałtyku. Przydadzą się w naszym morzu, bo okazuje się, że liczba fok szarych znów spada, i dla Bałtyku, jest to obecnie około 20 tysięcy osobników, a nie, jak jeszcze niedawno szacowano, że 25 tysięcy. Dla porównania dodam, że jeszcze 100 lat temu było ich pięć razy więcej. Za gwałtowny spadek ich liczebności odpowiada człowiek. Homo sapiens, jako, że z definicji jest myślący, może pomyśleć teraz, jak nie dopuścić do kolejnego gwałtownego kurczenia się foczej populacji.
Poniedziałkowe wypuszczanie było wyjątkowe jeszcze z jednego powodu. Tego samego dnia, u ujścia Wisły pojawiło się w jednym miejscu 13 fok. Z kolei dalej na wschód zaobserwowano jeszcze jedną fokę. Zatem mieliśmy na polskim wybrzeżu, tego samego dnia aż 22 foki szare!
Może wkrótce foki będą częstszym gościem na naszym brzegu. W końcu jeszcze wiek temu było ich u polskich wybrzeży około 1000! Dziś w ciągu roku obserwowane są nadal rzadko.
PS. Każda z fok jest wyposażona w nadajnik. Zainteresowanych odsyłam na specjalną stronę, gdzie przez najbliższe pół roku można śledzić wędrówkę wypuszczonych fok www.wwf.pl/baza_ssaki/mapa/index.php. Polecam tę wirtualną obserwację!
niedziela, 22 maja 2011
Wszyscy możemy być ekologami
Dlaczego lubię ruch ekologiczny? Jeżeli miałbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie jednym zdaniem – za jego bioróżnorodność.
Dodałbym jeszcze, że jest w tym ruchu miejsce dla różnych poglądów, które łączy wspólny cel, ochrona środowiska. Będąc ekologiem nie musimy popierać partii Zielonych, nie musimy być zwolennikami lewicy. Nie musimy też rezygnować z konsumpcji mięsa. Możemy natomiast nie jeździć samochodem, przesiadając się na rower bądź do komunikacji publicznej. Segregować odpady. Unikać zakupów w foliówkach. Inwentaryzować bociany białe. Dzielić się z innymi swoją przyrodniczą pasją A to wszystko wcale nie wymaga wyrzeczeń, ba, nawet nie sprawi, że poczujemy się męczennikami za sprawę, bo robimy to również dla siebie.
Manuel Castells w książce „Siła tożsamości” podjął próbę typologii ruchu na rzecz ochrony środowiska. Wyróżnił pięć jego typów. Pierwszą grupą są miłośnicy przyrody. To ci, którzy chcą ocalić dzikość miejsc, w których nadal możemy obserwować rzadkie gatunki roślin i ptaków. Miłośnicy troszczą się o powstrzymanie procesu degradacji środowiska w miejscach cennych przyrodniczo. Drugim typem ruchu są lokalne wspólnoty, które włączają się w ruch ekologiczny w obliczu zagrożenia swojej małej ojczyzny, kiedy dowiedzą się o planowanej budowie elektrowni atomowej albo drogi szybkiego ruchu, która ma powstać obok ich domu. Na ogół ich ekologiczna świadomość jest bardzo niska, ale w obliczu zagrożenia dla swojego zdrowia, zaczynają troszczyć się o środowisko. Grupą trzecią są zwolennicy ekologii głębokiej, swoista ekologiczna kontrkultura. Kontestacja nie jest jednak udziałem kolejnego typu ruchu, nazywanego przez Castellsa ruchem ekowojowników. Zwracają oni uwagę opinii publicznej na problemy globalne. Wreszcie ostatnią grupą są ekopolitycy, tzw. „zatroskani obywatele” zrzeszeni w partii Zielonych.
Każdy podział wymaga pewnych skrótów i uproszczeń. Nie jest też tak, że wybieramy tylko jeden typ ruchu. Można być ekowojownikiem, miłośnikiem przyrody, sympatykiem grupy zagrożonej szkodliwą dla środowiska inwestycją. Można jednocześnie nie być zwolennikiem zielonej partii, bo nie tworzy ona uniwersalnego programu, i nie godzi poglądów wszystkich, którzy są ekologami. Można nie być wegetarianinem. Jest się przy tym osobą nie zależną, trudną do zmanipulowania. Nie musimy się zrzeszać i zostawać jawnymi aktywistami jednego ruchu. Można mnożyć te i inne przykłady.
Castells uważa, że ruch na rzecz ochrony środowiska idealnie zagospodarował oczekiwania współczesnych społeczeństw. Tworzy stosunkowo uniwersalną ofertę, bo działa również w interesie nas samych, jako gatunku i naszego siedliska. Jest też alternatywą dla osób, które cenią niezależność i dostrzegają potrzebę krytycznego spojrzenia, również na ruch, z którym się identyfikują.
Cenię ten ruch za to, że dzięki jego działaczom i ich sojuszowi z naukowcami, mogę wciąż cieszyć się widokiem ostoi przyrody. Mogę mieć wpływ na ocalenie Puszczy Białowieskiej. Mogę każdej wiosny przyglądać się wędrującym ptakom. A zimą odnaleźć tropy wilka na śniegu. Mogę też nie zgadzać się z osobą, która identyfikuje się z tym ruchem. Mieć inne poglądy na te same kwestie.
Od tego w jakim stanie jest środowisko, zależy nasza przyszłość. Już nie kolejnych pokoleń, myślących w kategoriach czasu glacjalnego o wnukach swoich wnuków i jeszcze dalej w przyszłość, ale nasza, tu i teraz. A przyroda, której jesteśmy integralną częścią, jest naprawdę fascynująca, tak jak i sami ludzie. Wszyscy możemy być ekologami.
Dlaczego lubię ruch na rzecz ochrony środowiska i uważam, że jest on najciekawszą formą społecznego zaangażowania? Za jego bioróżnorodność.
środa, 18 maja 2011
Żółty brzuch
Leżałem sobie na skraju brzeziny, w majowym słońcu. Liście brzozy szeleściły, i wśród tego szelestu odzywał się żołtobrzuch nazywany trznadlem. Ten pospolity mieszkaniec terenów otwartych, towarzyszy mi bardzo często w czasie moich wędrówek.
Spotkać trznadla nie jest trudno. Rozpoznanie też nie należy do skomplikowanych. Nazwa żółtobrzuch zobowiązuje! I oczywiście ten charakterystyczny śpiew. Posłuchajcie!
Wspaniały!
Żółcią jest "pomalowany" nie tylko brzuch, ale i głowa trznadla. Oczywiście najintensywniej ubarwiony jest samiec w okresie zalotów. Samica jest mniej wyżółcona. Kiedy już nie trzeba zabiegać o jej względy, samiec zaczyna ją przypominać swoim ubarwieniem, przybierając oliwkowy odcień.
Kiedy słyszymy śpiewającego trznadla, można domyśleć się, że próbuje on wabić partnerkę. W tym celu siada na gałęzi drzewa bądź krzewie i powiadamia o swoim istnieniu.
Gniazda trznadla, na które udało mi się dotychczas natknąć znajdowały się przede wszystkim na ziemi. Lęgi trznadel może zaliczyć nawet trzy w ciągu roku. Po wychowaniu kolejnego pokolenia, trznadel zostaje z nami, zimując w Polsce.
Warto rozglądać się za trznadlem, bo obserwacja jest stosunkowo łatwa, a i sam trznadel prezentuje się bardzo ciekawie. Ilekroć słyszę trznadlową "piosenkę" przypomina mi się ta brzezina, od której zacząłem krótki opis żółtobrzucha.
Spotkać trznadla nie jest trudno. Rozpoznanie też nie należy do skomplikowanych. Nazwa żółtobrzuch zobowiązuje! I oczywiście ten charakterystyczny śpiew. Posłuchajcie!
Wspaniały!
Żółcią jest "pomalowany" nie tylko brzuch, ale i głowa trznadla. Oczywiście najintensywniej ubarwiony jest samiec w okresie zalotów. Samica jest mniej wyżółcona. Kiedy już nie trzeba zabiegać o jej względy, samiec zaczyna ją przypominać swoim ubarwieniem, przybierając oliwkowy odcień.
Kiedy słyszymy śpiewającego trznadla, można domyśleć się, że próbuje on wabić partnerkę. W tym celu siada na gałęzi drzewa bądź krzewie i powiadamia o swoim istnieniu.
Gniazda trznadla, na które udało mi się dotychczas natknąć znajdowały się przede wszystkim na ziemi. Lęgi trznadel może zaliczyć nawet trzy w ciągu roku. Po wychowaniu kolejnego pokolenia, trznadel zostaje z nami, zimując w Polsce.
Warto rozglądać się za trznadlem, bo obserwacja jest stosunkowo łatwa, a i sam trznadel prezentuje się bardzo ciekawie. Ilekroć słyszę trznadlową "piosenkę" przypomina mi się ta brzezina, od której zacząłem krótki opis żółtobrzucha.
Subskrybuj:
Posty (Atom)