piątek, 13 maja 2011

Mała, niepozorna i ma tylko jeden cel!

Jest mała, niepozorna i ma tylko jeden cel. Dobrać się do twojej krwi. Od tego, czy to zrobi, zależy jej los i przetrwanie gatunku. A że my ludzie, nieowłosione ssaki, lubimy w ciepłe dni odkrywać swoje ciało, ona jest z tego powodu szczęśliwa.

Meszka, to jej popularna nazwa, należy do wielkiej rodziny meszkowatych, łac. Simuliidae. Należy do niej aż 1750 gatunków tych owadów. W Polsce spotyka się 50 z nich.

Meszka jest na ogół niewielka. Jej długość wynosi średnio od 2 do 6 milimetrów. Jej ciało jest przystosowane do zadań wyznaczonych meszkom przez naturę. Krwiopijne są samice. Samce wolą bezkrwiste posiłki.

Meszka-samica ma specjalny przecinak, którym dociera do krwi swoich ofiar. Po przecięciu skóry, wpuszcza specjalne enzymy, które pomagają jej w spijaniu krwistego napoju, a u ofiar, w tym u ludzi, wywołują reakcję alergiczną, a przynajmniej irytujące swędzenie.

Meszek nie byłoby w Polsce, gdyby nie obszary wilgotne, w rejonie rzek. To właśnie tam, w okresie wiosny, zanim pojawią się najwięksi wrogowie meszek, przychodzą na świat zastępy krwiożerczych samic i pijących nektar samców.

Samica, aby przeżyć i złożyć swoje przydziałowe od 150 do 500 jaj, musi pić krew. Po tym, jak jaja złoży, mijają cztery do pięciu dni, kiedy świat ujrzy kolejne pokolenie meszek.

O meszce przypomniałem sobie wczoraj, kiedy moja stopa spuchła po ukąszeniu owada. Przyznam, to stworzenie potrafi być uciążliwe, i moja tolerancja na jego obecność jest żadna. Zdecydowanie bardziej wolę komary. Te przynajmniej ostrzegają przed swoją wizytą. A meszka, niczym niewidzialny przez radar samolot, uderza w najmniej oczekiwanym miejscu i momencie. Uroki wiosny! Na szczęście te występujące w Polsce, nie przenoszą chorób. Mogą za to dotkliwie pokąsać, czasami z opłakanym dla ofiary skutkiem.

Meszko pozwól żyć!

czwartek, 5 maja 2011

Kroniki rowerowe, czyli Bubas obserwuje Homo sapiens

1
Rowerzysta nie ma w Polsce łatwego życia. Nie wystarczy założyć kasku, dobrze oświetlić roweru, przestrzegać przepisów. Zawsze znajdą się tacy, którzy spróbują wyeliminować rowerzystę z drogi.

2
Zastanawiałem się kiedyś, skąd w kierowcach tyle agresji, a w Polakach taka miłość do samochodu. Nie dość, że drogie w utrzymaniu, często na kredyt, są coraz bardziej popularne. Zwijają nam tory, ścieżek rowerowych nie przybywa w takim tempie, co samochodów...

3
Siadają za swoimi kierownicami, i pędzą, bo w modzie jest pośpiech. Zajeżdżają, taranują, czerwienią z zakurzenia, i za nic mają tych, którzy na dwóch kółkach, siłą własnych mięśni, upodabniają się do mieszkańców zachodnioeuropejskich metropolii, gdzie rower jest czymś oczywistym.

4
Zmienia się wciąż niewiele, poza wzrostem liczby pojazdów na czterech kołach. Tylko kierowcy są coraz bardziej udziwnieni. A może precyzyjniej ludzie są coraz bardziej agresywni, i ci za kółkiem, i ci bez kółka. Tutaj nieokrzesana natura człowieka pierwotnego, odziedziczona po wspólnych z małpami przodkach, bierze górę. I przestajesz dzielić ludzi, na pieszych, rowerzystów i zmotoryzowanych, bo w gruncie rzeczy, wszyscy są tacy sami.

5
Scena, którą zaobserwowałem na przejściu dla pieszych na jednej ze stołecznych ulic, najlepiej obrazuje skalę agresji, która niestety udziela się również i nie zmotoryzowanym uczestnikom ruchu drogowego. Pani A., ubrana z klasą, w drodze do swojej korporacji, zdenerwowała się samochodem, wjeżdżającym na nią, kiedy ona miała zielone światło, a pojazd czerwone. I w tym momencie wstąpił w nią syndrom rozjuszonego byka. Pobiegła za samochodem, obijając pojazd parasolką. Kierowca, jak się okazało również kobieta, nazwijmy ją Panią B. zaciągnęła hamulec ręczny i wyszła z samochodu. Sczepiły się obie Panie za włosy, przewróciły na asfalt i zaczęły nawzajem okładać. Obserwując tę scenę, pomyślałem - byle nie dać się zwariować.

6
Patrząc na ulice polskich miast i często wsi, można dostrzec samochodową rewię na asfalcie. W oczach kierowców siekiera, jeśli takiemu podpadniesz, strzeż się rowerzysto. Pieszy też ma małe szanse. On albo ona - czytaj kierowca - jeszcze cię załatwią. Rowerzyści też grzeszą, piesi nie są bez winy.

7
Wiem, że Polska jest krajem rozwijającym się, na niekończącym się dorobku, ale czasami mam wrażenie, że została wydrenowana z rozumu. Zwłaszcza kiedy zmagam się z kierowcami. Wtedy jednak powtarzam sobie, byle nie dać się wydrenować ze spokoju. A o to niestety jest coraz łatwiej. W takich chwilach przypominam sobie jedną mądrą myśl: Kiedyś zabraknie paliwa, i cały ten kram stanie, zdumiony tym, że trzeba przesiąść się na rower.

Bubasa ciągnie na polski wschód

Mawiają , że ciągnie drewno do lasu. Bubasa też ciągnie, ale nie tylko do lasu. Wymarzył sobie krainę swojego dzieciństwa, którą popularnie nazywamy ścianą wschodnią.

Ten wschód jest niezwykły z wielu powodów. Zaczyna się na północy, w rejonie Puszczy Romnickiej, potem przez Suwalszczyznę, Puszczę Augustowską, Doliny Biebrzy i Narwi, Puszcze Knyszyńską i Augustowską, przecina graniczny Bug, i przechodzi w Polesie, Roztocze i wreszcie Bieszczady.

Każdy z zakątków polskiego wschodu ma w sobie wiele uroku. Przyroda polskiego wschodu, pomimo rosnącej presji ze strony zwolenników przekształcania bagien i lasów w użytki, jeszcze się trzyma. Krainami, gdzie wracam najczęściej są Puszcza Knyszyńska, Polesie i Roztocze. O tym środkowym w następnych wpisach na blogu.

środa, 4 maja 2011

Do jutra!

Nie tęskniłem ani za internetem ani za komputerem. Do pierwszego nie miałem dobrego dostępu. A drugi, drugi leżał obok plecaka, i nie znalazł się na peryferiach mojej uwagi. Ten brak bliskiego kontaktu z internetem wynikał z bezpośredniego spotkania z przyrodą. Było naprawdę miło.

Niedługo napiszę więcej.

Witajcie w mroźnym maju! Do jutra!

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Dziwy wokół ujścia

Polska to dziwny kraj. Jest grupa pasjonatów, ornitologów, którzy jak co roku chcą  badać ptaki w kilku nadmorskich rezerwatach. Jednak na ich drodze stają urzędnicy i mówią: Nie przejdziecie. A ja, Bubas, pyta: Dlaczego im zabrania się przechodzić, a nie czyni się tego w przypadku na przykład wędrujących śledzi? Zaraz mi ktoś przypomni, że śledzie depczą po pewnej mieliźnie, bo tam karty rozdaje inny urząd, już nie od ochrony środowiska, tylko od morza, ale...

kiedy ornitolodzy chcą prowadzić obserwacje, tuż pod okiem mew, pikujących nad ujściem Wisły, trwają w najlepsze prace, prowadzone z użyciem ciężkiego sprzętu, które mają udrożnić i pogłębić. Prace prowadzi inna instytucja, o wdzięcznej nazwie RZGW. Owa instytucja, za nic ma okres lęgowy ptaków, i fakt, że pracuje w rejonie, gdzie znajduje się jedyna krajowa kolonia rybitw czubatych i jedna z największych w Polsce kolonii rybitw rzecznych. RZGW nie uzyskała wymaganych decyzji od innych instytucji, zajmujących się ochroną przyrody w zakresie płoszenia i niszczenia siedlisk gatunków chronionych.

RZGW zrobiło jednak swoje, a ornitolodzy, mam nadzieję też się nie poddadzą. Bo tylko w nich nadzieja, że uda się ocalić przyrodę w tym niezwykłym zakątku Polski.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Czasami szkoda płetwy na klawiaturę

W życiu Bubasa dzieje się wiele. Zestarzał się o kolejny rok, i w zasiedlonym przez siebie basenie świętował okrągłą, dwutrójkową rocznicę. Dotarły też do Bubasa wieści, że do Bałtyku wypuszczą małe foki, które urodziły się w tym roku w warszawskim ZOO.

Bubas zastanawia się, czy takie foki poradzą sobie z naturalnym żywiołem, skoro dorastają w warunkach ogrodu zoologicznego, i nikt ich nie trenuje w zakresie bałtyckiego survivalu. Bubas myśli też sobie, czy przypadkiem nie jest tak, że opiekunowie warszawskich szarych, nie powinni zapobiegać kolejnym narodzinom w zoologu. To już nie pierwsze warszawskie pokolenie fok, które przychodzi na świat, i nie ma prostego sposobu na rozwiązanie problemu przefoczenia basenu w ZOO.

Wkrótce okaże się, co z odległymi krewnymi z Warszawy. Oby było jak najlepiej.

Bubasowi uderza do głowy wiosna. I dlatego, rzadziej melduje się przed komputerem, bo kiedy wiosnę czuje w płetwach, szkoda płetw na klawiaturę. O swojej szufladzie z notatkami, nie zapomina, i z mniejszą bądź większą regularnością, będzie publikował swoje wpisy.

środa, 13 kwietnia 2011

Nadwiślański emirat łupkowy

Będziemy mieli nowe państwo na mapie Europy. Emirat łupkowy, który już istnieje w głowach marzycieli o polskim imperium. O zaletach gazowej łupaniny napisał nawet "Gość niedzielny", wietrząc jednocześnie światowy spisek przeciwko Polsce. Ale o spiskach nie będę pisał, bo są znacznie lepsi "fachowcy", od roztrząsania wszelkich odmian tajnych porozumień. Przytoczę tylko pewien cytat z "Gościa". Cytat, który uspokaja czytelników tego pisma, że najpierw coś zniszczą, ale potem, przywrócą do stanu przed wierceniami... Istny cud?

"– Realnym problemem przy eksploatacji złóż gazu łupkowego może być to, że w czasie robienia odwiertów próbnych całkiem spory teren wokół wiertni zamieniany jest na składowisko – mówi dr Paweł Poprawa z Państwowego Instytutu Geologicznego. – Tam jest magazyn rur i różnego rodzaju sprzętu, parkuje kilka, czasami kilkanaście tirów. To wszystko nie jest piękne, ale dotyczy tylko pierwszego okresu eksploatacji. Później teren jest rekultywowany i przywracany do stanu sprzed wierceń. Pozostaje sam zawór i niewielki teren wokoło – tłumaczy dr Poprawa. Wraz z rozwojem technologii wierci się jednak coraz mniej. Już dzisiaj z jednej lokalizacji robi się 20–30 otworów. Duży teren eksploatuje się z jednego punktu na powierzchni. Po to, by to oddziaływanie na krajobraz było jak najmniejsze. To nie zmienia jednak faktu, że w okresie budowy i pierwszych prób do każdego z takich otworów przyjeżdżają tiry ze sprzętem, a to generuje hałas i pył. Drogi, jakie będą budowane do poszczególnych odwiertów, będą wąskie. Jeżdżące nimi ciężkie samochody mogą być dla mieszkańców (o ile tacy będą w pobliżu odwiertów) uciążliwe. Trzeba jednak przyznać, że ten problem jest jednorazowy. Samochody muszą przywieźć sprzęt. Nie będą tygodniami jeździły tam i z powrotem. Hałas generuje też samo wiercenie otworu, które może trwać nawet kilka tygodni. Znacznie krócej, bo zaledwie kilka, kilkanaście godzin, hałasują generatory wtłaczające pod ziemię wodę. Jej wysokie ciśnienie powoduje, że skały pękają, a z pęknięć może wypłynąć gaz. Ten proces nazywa się szczelinowaniem. By hałas wiercenia i generatorów był jak najmniej dokuczliwy, wiertnie obudowuje się czasami ekranami akustycznymi."

Jednym słowem doktor Poprawa uspokoił czytelników, mówiąc, zniszczy się wszystko, ale potem przywróci do stanu przed wierceniami. Doprawdy, nadwiślański emirat łupkowy, to będzie jakiś kraj cudotwórców.