wtorek, 8 marca 2011

Nie masz nad węgorza!

Jeszcze nie tak dawno mogliśmy oglądać w prasie reklamy sponsorowane przez Ministerstwo Rolnictwa, zachęcające do konsumpcji węgorza, finansowane zresztą z unijnych dotacji. Teraz resort ochrony środowiska postanowił wstrzymać wydawanie zezwoleń na import i eksport okazów węgorza europejskiego. Ministerstwo wstrzymuje wydawanie tych zezwoleń do końca 2011 roku. Bić za to braw nie będę, bo sytuacja węgorza jest dramatyczna i Polska z opóźnieniem przyjmuje zakazy i ograniczenia. Krytykować też nie będę, bo zakaz jest.

"Wprowadzenie zakazu wydawania zezwoleń importowych i eksportowych CITES (niezbędnych w przypadku handlu okazami węgorza z krajami spoza UE) jest wynikiem bardzo wyraźnego spadku liczebności węgorza europejskiego" - czytamy na stronie Ministerstwa Środowiska. - "Ustalono, iż  dalsze pozyskiwanie jego narybku na potrzeby handlu międzynarodowego może przyczynić się do drastycznego osłabienia populacji tego gatunku – wpisanego po 14 Konferencji Stron Konwencji Waszyngtońskiej (CITES) na listę gatunków zagrożonych wyginięciem. Wspomniany zakaz dotyczy wydawania zezwoleń CITES na wszelkie okazy węgorza europejskiego czyli osobniki żywe, martwe i produkty z nich wytworzone."

Na ten zakaz długo czekałem. Zastanawiałem się, jak długo nasz kraj zamierza zwlekać z wydaniem tej decyzji. Przez ostatnie 30 lat liczebność węgorzy spadła o ponad 95 procent! Jednocześnie bardzo wolno się odnawia. A jego liczebność spada, bo jego zasoby były i są nadmiernie eksploatowane przez ludzi. Wcześniej w Polsce obowiązywał tylko przepis o konieczności uzyskania zezwolenia na każdorazowe przewiezienie węgorza za granicę UE. W przypadku eksportu, do wniosku o wydanie zezwolenia trzeba było dołączyć dokumenty świadczące o legalnym pochodzeniu i pozyskaniu węgorzy. Importer musiał przedstawić kopię zezwolenia eksportowego CITES. Nie wprowadzono jednak zakazów, chociaż w 2009 roku wszyscy już wiedzieli, że katastrofa jest blisko.
Ocalić węgorza wcale nie będzie łatwo. Specjaliści szacują, że może wyginąć w ciągu najbliższych 10-15 lat. Nie uda się też odtworzyć jego populacji w warunkach hodowlanych. Węgorz europejski potrzebuje wód śródlądowych i słonych. W wodach słodkich węgorz dorasta. Potem, kiedy osiągnie dojrzałość płciową płynie na tarło w rejon Morza Saragassowego. To tam na świat przychodzi kolejne pokolenie węgorzy. Ich larwy wraz z morski prądem, Golfsztromem, dryfują wraz z nim w kierunku Europy, do której docierają po dwóch albo trzech latach, zastępując swoich "rodziców". W wodach słodkich przebywają do 10 roku życia. Potem znów podejmują wędrówkę, do miejsca, w którym się urodziły.

Dorosłe węgorze mogą mierzyć nawet 1,5 metra. Samce są jednak mniejsze, ich długość wynosi od 50 do 70 centymetrów. Wędkarze nazywają go śliskim. Jest niezwykle pożytecznym stworzeniem, z racji swojej niezwykłej umiejętności wyjadania ikry ciernika, schowanej w misternie skleconych gniazdach.  Nie będą się nim mogli cieszyć już długo. Degradacja środowiska, budowa przeszkód na rzekach i masowe odłowy narybku zrobiły swoje. Ogromne zniszczenia w populacji węgorzy wyrządzili też handlujący tą rybą. Przenieśli oni hodowle odławianego narybku do Chin, gdzie węgorz nabierał wartości handlowej, ale do wody już nie mógł wrócić, lecz trafiał na talerz, również polskich konsumentów. W rezultacie większość węgorzy  nie mogła przejść całego skomplikowanego cyklu od narodzin do rozrodu i śmierci w wodach Morza Saragassowego. I dziś węgorzy jest krytycznie mało. Wprowadzony zakaz ma zapobiec importowi tych ryb spoza Unii Europejskiej, gdzie tuczono ryby na sprzedaż w Europie.

Nikt nie ma dziś recepty gwarantującej przetrwanie węgorza. My, konsumenci, możemy po prostu przestać węgorza kupować. Jest tyle innych ryb, które możemy jeść bez obaw, bo nie są zagrożone. Idąc do sklepu, wyjeżdżając chociażby do Węgorzewa, czy też na Mazury, lub odpoczywając nad morzem, zostawmy węgorza w spokoju. Brak popytu na węgorza, to jeden z niezbędnych warunków niezbędnych do ocalenia tej ryby. To my, konsumenci, możemy zdecydować! Jednocześnie władze naszego kraju powinny zadbać o czystość naszych wód śródlądowych i usuwanie przeszkód, piętrzących się na naszych rzekach, których nawet człowiek, bez wychodzenia na ląd nie potrafiłby pokonać. A co dopiero węgorz, który jest rybą i do życia potrzebuje wody.

 Na koniec przekonajcie się sami, jakim niezwykłym ichtio-bohaterem jest węgorz, i obejrzyjcie mapę jego wędrówki. A to droga tylko w jedną stronę maluchów, które wędrują z prądem do Europy. Potem muszą w wodach słodkich przeżyć, i wrócić do miejsca, w którym się urodziły. Węgorz nie ma sobie równych!

poniedziałek, 7 marca 2011

To ludzie wyrządzili więcej szkód

W pewnym poczytnym w województwie podlaskim dzienniku, czytaj KP, bardziej poczytnym niż Gazeta W., przeczytałem tekst w wersji online, cytowany za PAP. Już sam tytuł mnie zaintrygował, sugerując, że to zwierzęta pod ochroną powodują więcej, domyślnie najwięcej, szkód. Tytuł był przyprawiony "szkodą" komunikacyjną, nie związaną z tekstem, wyrządzoną raczej nie przez zwierzę, ale przez kierowcę samochodu, który wjechał na żubra przechodzącego przez drogę - ale winę za to można jeszcze zrzucić na nierozgarniętego fotoedytora.

Województwo podlaskie, z którego pochodzę, ma to szczęście, że może pochwalić się rozległymi lasami, doliną Biebrzy i Narwi, jednym słowem ważnymi ostojami chronionych gatunków zwierząt. Podlascy urzędnicy załamują jednak ręce, bo muszą płacić, za bobry, żubry i wilki. I płacą, podobno coraz więcej. Kończą się im pieniądze.

W większości przypadków winne mają być bobry. Bo zalewają łąki. Na szczęście strzelać do nich nie będą. Jeszcze nie. Na razie spróbują innych, mniej inwazyjnych metod. Jednak te bobry, to podobno aż 1,8 mln zł. Póki co podlaski "RDOŚ podkreśla, że bóbr to dobroczyńca przyrody. <<Zwierzęta są pożyteczne i pozytywnie wpływają na przyrodę np. przyczyniają się do odtwarzania pierwotnych stosunków wodnych w środowisku>>". Drugi na liście jest żubr. Podpadł 50 rolnikom. A żubrów podobno przybywa. Na samym końcu listy oskarżonych są wilki. W podlaskim "tylko kilka razy atakowały bydło".

Na wypłacanie odszkodowań za szkody spowodowane przez zwierzęta można różnie zareagować. Trudno jednak zrozumieć logikę tych wypłat, przy jednoczesnym braku zabezpieczeń, które poszkodowany mógłby wprowadzić np. w ochronie stada zwierząt hodowlanych przed wilkami. Wyjaśnienie tej beztroski, w kontekście analogicznej sytuacji z południa Polski, odnajdziemy w sprawozdaniu komisji ochrony środowiska sejmiku małopolskiego. "Odszkodowania to dla hodowców często jedyna pewna forma pozyskania pieniędzy za trudno zbywalne zwierzęta. Dlatego pomimo ryzyka, że ataki drapieżników się powtórzą, hodowcy nie stosują często żadnych zabezpieczeń przed nimi" - przeczytamy w sprawozdaniu.

W praktyce wypłacana jest cena rynkowa zwierzęcia. Urzędnicy nie przypominają sobie, aby takiej wypłaty na południu Polski komuś odmówili. A przecież warunkiem takich wypłat powinno być dokładne zbadanie sprawy, i ustalenie, czy hodowca stado zabezpieczył. Niestety "przepis o odmowie wypłaty odszkodowań hodowcom jest martwy, bo komisje nie są w stanie zweryfikować okoliczności zagryzienia owcy przez wilka. Zwykle przyjmują więc wersję hodowcy (cytat za B. Kuraś, Górale podkładają owce wilkom dla odszkodowań)". Znane są przypadki wręcz prowokowania i pozorowania takich wilczych ataków. Wróćmy jednak na północ naszego kraju.

Co do żubrów, to już inna sprawa. Dzika "krowa", która lubi żerować nie tylko w lesie, ale również na jego obrzeżach, potrafi wejść np. na cmentarz, gdzie na grobie, ktoś posadził ozdobną kapustę czy inną sałatę. Owszem, potrafi też "narozrabiać". Ale, zważywszy na to, jakie usługi żubr oddaje w promocji Podlasia, a nawet jego stolicy, województwo mogłoby wziąć stronę żubra i zamiast wydawać pieniądze na kreacje ze wschodzącym Białymstokiem, symbolicznie zrekompensować ewentualne straty wśród 50 rolników, w ramach wypłaty honorarium za posługiwanie się wizerunkiem tego zwierzęcia.

A bobry. Im wypomina się zalewanie pól i łąk. W rzeczywistości dzięki nim poprawia się naturalna retencja. Zmniejsza się też ryzyko pożaru na obszarach leśnych, gdzie wznoszą swoje konstrukcje. Woda wolniej spływa w okresie wezbrań, bo spowalniają je konstrukcje wykonane przez bobry. Bobry naprawiają to, co zepsuł człowiek w okresie intensywnej melioracji Polski, niszcząc przy okazji wiele cennych siedlisk.

Wniosek końcowy. Zmienić tytuł artykułu na "to ludzie wyrządzili więcej szkód", skoro KP wspólnie z depeszą PAP, chce rozmiarem szkód się licytować. Im tego KP już nie wypomina.

PS. W tym samym KP w wersji online przeczytałem, że przez wędrujące ptaki nie będzie lotniska pod Tykocinem, nad czym boleją niedoszli pasażerowie w osobach białostockich biznesmenów. Ja natomiast boleję nad tym, że rządzący w podlaskim zamiast zmodernizować kolej i zabiegać o szybkie połączenia z resztą Polski, w tym z Warszawą i Okęciem, postanowili zrealizować wizję lotniska, które nie tylko ptakom sprawiałoby kłopoty, ale również zagrażałoby bezpieczeństwu ludzi. Samolot zresztą pociągiem nigdy nie będzie, i nie doleci, tam, gdzie pociągiem można byłoby komfortowo dojechać.

A na koniec obrazek i fotozagadka. Podlasianie! Komu zawdzięczacie to logo? I deklarowane w opisie logotypu bogactwo różnorodności? Chyba nie tylko pomysłowości Leona Tarasewicza?

niedziela, 6 marca 2011

Człowiek podchodzi do wilka

Wilcze oczy, wilczy apetyt, za tymi powiedzeniami kryje się podstęp, łapczywość. Przynależą one do skojarzeń łączonych z wilkiem, "groźnym" dla człowieka.Tyle, że to nie człowiek jest ofiarą wilka, lecz wilk staje się znów ofiarą ludzi. Ludzkie oczy, myśliwski apetyt zagrażają wilkom w Polsce coraz bardziej, bo coraz częściej zgłaszane są wnioski, proponujące odstrzał tych drapieżników w naszym kraju.

Wilk jest zwierzakiem szczególnie prześladowanym. Owszem jest drapieżnikiem, bo tak, jak my, przedstawiciele Homo sapiens musi jeść. Jego problem polega jednak na tym, że w kraju zamieszkanym przez 38 milionów ludzi, on, wilk, liczy sobie jedynie 500-600 osobników. Tutaj liczby nie są zgodne, ponieważ obowiązuje rozbieżność punktów widzenia. Myśliwi, którzy liczą wilki w swoich obwodach, wykorzystają każdą okazję, aby liczebność wilka zawyżyć. Kreują też niesamowite historie, ot chociażby jak tą o przerażonych panach ze sztucerami z koła myśliwskiego w Dukli, na których wyszła wilcza wataha. Podobno bardzo się wystraszyli. Tak bardzo, że donieśli o tym lokalnej prasie, i przypomnieli sobie, że czas już strzelać do tych watah.

Z drugiej strony są dane naukowych instytutów, ale tutaj też obowiązują widełki, sezon 2008/2009 przyniósł informacje o 543–687 wilkach w Polsce. Bez względu na liczebniki, wilków w Polsce jest mało. Coraz mniej jest bowiem miejsc, gdzie mogłyby żyć z dala od ludzi. Nie zasiedlają też licznie obszarów na zachód od Wisły. Większość z nich żyje wzdłuż wschodniej granicy Polski. W masowej migracji na zachód przeszkadzają im liczne przeszkody do pokonania. Z kolei tam, gdzie już żyją korzystają z niedbalstwa hodowców zwierząt. Owce bez odpowiedniego zabezpieczenia stanowią idealny i łatwy łup. Wilk nie będzie długo się zastanawiał widząc taką stołówkę porośniętą wełną. Po pierwsze owcze mięso smaczne. Po drugie owca to nie jeleń czy sarna, i nie wie, co zrobić, kiedy zobaczy wilka. Nie czuje przed nim strachu, a wilk skrupulatnie to wykorzysta. Owca jest niczym pyszny kotlet, podany na talerzu. Jeleń nie smakuje już tak dobrze, bo i mięso ma bardziej żylaste i smak nie ten sam. A do tego trzeba się za nim nabiegać.

Problemów z wilkami można uniknąć. Wystarczy pastuch elektryczny i pies pasterski, nasz owczarek podhalański. Niestety hodowcy nie zawsze chcą skorzystać z tej oferty. Jednak ci, których poznałem, a przyjęli zabezpieczenia, są teraz zadowoleni. Wilk omija ich stada owiec. Jeden z tych hodowców, z okolic Ustrzyk, tak zaprezentował mi swojego psa. "To jest Walker. Nazwałem go tak, bo jest jak Walker, ten strażnik Teksasu, a to pole, to jego Teksas."

Od kilku miesięcy wzmaga się znów anty-wilcza kampania. Próbuje udowodnić się za wszelką cenę, że wilk jest zły i zbyt liczny. W regionalnych mediach pojawiają się świadectwa "krwiożerczości" wilka. A to zagryzł sarenkę, wypowiada się praktykujący myśliwy, niepomny tego, co on, myśliwy robi sam z takimi sarenkami, zabijając je w świetle prawa. Podkarpacie i Mazury, zaczynają przygotowywać grunt pod zniesienie zakazu polowań na wilka. Niestety nie są odosobnione. Zaczynają stawać za nimi ludzie z naukowymi tytułami. Jak to się skończy?

Wilka powinniśmy chronić. Mamy taki obowiązek, bo jesteśmy jednym z nielicznych unijnych krajów, gdzie to zwierzę występuje. Zwolennicy odstrzałów będą nam przypominać, że Słowacy strzelają. To dlaczego my nie możemy. Aż ślina myśliwemu cieknie, podobno, kiedy widzi kolegę po strzelbie, który strzela do wilka na Słowacji. Zresztą i zakaz polowań polscy myśliwi potrafią obejść. W jednym z listów, które otrzymałem, znalazły się zdjęcia wilka zastrzelonego przez nieznanych sprawców. Nieznani sprawcy nie byli jednak nowicjuszami w swoim strzelającym fachu, ale prawdziwych winnych nie poznamy, bo sprawie ukręcono łeb.

Niektórzy powołują się  też na przykład Szwecji, gdzie udało się przeforsować zgodę na odstrzał wilków, chociaż wilków jest tam mniej niż u nas i mają zdecydowanie lepsze warunki do życia, bo nie istnieje aż tak duże ryzyko zaistnienia konfliktu wilk-hodowca. Na szczęście Szwedzi zostali skrytykowani przez KE, i być może zostaną też ukarani. KE podkreśliła przy tej okazji, że wilk jest jednym z gatunków, które Europa powinna objąć szczególną opieką.

Nie wierzę, że myśliwi, jeśli dostaną prawo do polowań na wilka, będą godnymi zaufania partnerami do przeprowadzenia jego redukcji. Redukcji, która nie ma uzasadnienia, poza grupą interesu, pałającą chęcią strzelania do wilka. Myśliwym odebrałbym zresztą prawo do ich działalności. Redukcji zwierząt powinni dokonywać etatowi specjaliści, a nie prawnik czy rolnik z jakiegoś koła łowieckiego, który częstokroć zaprawiony czymś na odwagę nie jest w stanie odróżnić np. dzika od żubra. Rolę myśliwych powinny spełniać drapieżniki. Owszem ekosystem został rozregulowany, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby nad jego regulacją czuwały wyłącznie osoby uprawnione, które nie będą amatorami trofeów i dziczyzny. Poza tym duży potencjał stanowią lasy na zachód od Wisły.

A czy znam wilki, ofiary ludzi? "Poznałem" tylko jednego, wilka Kazana. Zajmowałem się Kazanem przez pewien czas, kiedy jeszcze w liceum zostałem przyjęty, jako wolontariusz do Białowieskiego Parku Narodowego i pomieszkiwałem w "pokazówce", tuż przy zagrodzie z żubroniami. Kazan był zabrany od matki, wykradziony jej, i sprzedany jako pies. Po pewnym czasie okazało się, że psem na pewno nie jest, ale jego krewnym. Ostatecznie trafił do Rezerwatu Pokazowego, skąd, w okresie mojej woluntarystycznej pracy, został wykradziony... ale to już zupełnie inna historia.

czwartek, 3 marca 2011

Naprawdę kocham Puszczę!

Oglądam właśnie telenowelę, realizowaną w studio nagrań Wiejska z atelier zlokalizowanym przy ulicy Rozbrat. Okazuje się, że partia, która w skrócie nazywana jest SLD, najpierw poparła inicjatywę obywatelską w sprawie zmiany ustawy o ochronie przyrody, a kilka miesięcy później, 2 marca, powiedziała, że jest przeciw uporządkowaniu kwestii tworzenia i poszerzenia parków narodowych. Tego samego dnia rzecznik tej partii wykręcał się od odpowiedzi, zwalając winę na swojego partyjnego kolegę. Następnego dnia wspomniany rzecznik i znana działaczka tejże partii komentować nie chcieli, a ich inny kolega, wicemarszałek sejmu, poseł Wenderlich, pojechał do Hajnówki, aby z przeciwnikiem ochrony Puszczy Białowieskiej, uspokoić swoich potencjalnych wyborców i zapowiedzieć "No pasarán". Ochrona Puszczy nie przejdzie, bo jej zwolenników w sejmie nie przepuścimy. Kilka godzin później wirtualny byt tego samego ugrupowania w serwisie społecznościowym FB obwieścił, nie, my jednak jesteśmy znowu za ochroną Puszczy.

Historia godna scenariusza do brazylijskiej telenoweli o kapryśnym zalotniku, co zmienia zdanie w związku ze swoimi uczuciami. I mówi - Kocham Puszczę. A zaraz potem, kiedy zaczyna kalkulować, ile może stracić mówi - Nie kocham. Potem znów zmieniają się okoliczności, pytają media, i znów wielka miłość. Cóż zalotnik, o którym piszę zabiega przecież o głosy wyborców, a nie o ochronę przyrody. Zielony listek zawsze się przyda, bo przyciągnie atrakcyjnym kolorem, zmęczonych upartyjnieniem politycznych decyzji, i niektórzy, pójdą za tym listkiem. Potem czują się oszukani, kiedy zalotnik zostawia ich, dla skrajnie innej urody poglądów. Najważniejsze jest w tym, żeby nie dać się zwabić i pamiętać, że zielone liście nie rosną na politycznych butonierkach. Nie pozwolić, by omamić się tym, że zalotnik, zabiegający o przedłużenie dzierżawy sejmowej ławy, będzie najpierw deklamował "I love Puszcza!", a potem znaczek z tą deklaracją schowa do szuflady.

Na szczęście nie muszę być tym zalotnikiem i nie muszę zabiegać o głosy wyborców. Mam za to prawo domagać się od zalotników, aby przestali czarować i zwodzić, tylko zagłosowali za ochroną przyrody. I ja, i Ty, każdy z nas, nie zaangażowany w partyjne pozyskiwanie elektoratu przed wyborami, możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć: Naprawdę kocham Puszczę! A ty zalotniku, paradujący w roli głównej wspomnianej telenoweli, rozbratowo-wiejskiej produkcji, bądź konsekwentny w uczuciach i nie próbuj więcej udawać, że nic się nie stało, skoro tak łatwo przychodzi ci zmiana zdania.

Szybka kolej? Nie w tym życiu mili obywatele

Jestem wiernym fanem kolejowych podróży. Podróżowanie koleją ma coś z westernu, ma też coś z filmu przygodowego. Poetyka wędrowania po szynach to jest właśnie to, co lubię. Niestety zarządzający koleją i kolejową infrastrukturą robią wszystko, aby moje marzenie o szybkim i sprawnym przemieszczaniu się pociągiem po Polsce, zamienić w odpowiedź nie w tym życiu. Na łamach "Metra", wiceminister infrastruktury już wylał zimny kubeł na moją głowę. Nie po raz pierwszy, ale teraz obiecał, że za 29 lat zostanie uruchomione szybkie połączenie Warszawa-Kraków.Wzruszyłem się tą "troską" o jak najszybszą modernizację połączeń kolejowych.

Poziom zacofania mojej ojczyzny proponuję mierzyć nie długością dróg czy liczbą lotnisk, ale stanem infrastruktury kolejowej. Ci, którzy myślą, że będziemy latać samolotami na krótkich odcinkach, niech jeszcze raz przemyślą ten tok rozumowania. Spójrzcie na Europę, na Japonię, tam podróżuje się bardzo często koleją.

Transport kolejowy ma wiele zalet. Z jednej strony jest na ogół przyjazny dla przyrody. Z drugiej przyjazny dla ludzi, również użytkowników dróg, bo stwarza możliwość przeniesienia tirów na tory. Nie asfaltem, nie płytami lotniska, ale szynami rozwój stoi. O czym przypominam wołając w próżnię różnej maści decydentów odpowiedzialnych za kolejową katastrofę.

środa, 2 marca 2011

Wycieranie się Puszczą

Był już prezydent, który nie chciał, ale musiał. Jest już klub poselski, który był za, a teraz jest przeciw w tej samej sprawie. W ubiegłym roku, kiedy zaczynaliśmy zbieranie podpisów na rzecz zmiany ustawy blokującej w obecnym kształcie powstawanie i poszerzanie parków narodowych w Polsce, ów klub, klub SLD, postanowił wyjść przed szereg i przypiąć zielony listek do swojego sztandaru, zwołując specjalną konferencję prasową z Zielonymi 2004, i deklarując, że angażuje się w akcję na rzecz zbierania podpisów pod inicjatywą obywatelską "Oddajcie parki narodowe!". Był potrzebny dla obu ugrupowań szum, media napisały o stanowisku lewicy i może poprawiły się jej notowania. Cóż z tego, skoro dziś, przedstawiciel klubu, niejaki poseł Pisalski powiedział nie, i zatrzymał prace nad projektem zmian w ustawie. W ten sposób staliśmy się świadkami kolejnego kuriozum. Lewica najpierw się przejęła, a teraz wypięła. Oczywiście za chwilę będą dementować te pogłoski, w trosce o potencjalny elektorat, i spróbują znaleźć złoty środek. Wytłumaczą się, że to tylko poseł Pisalski, że oni myślą inaczej. Niesmak pozostanie. To dlatego, w wyborach poprę bezpartyjnych i niezależnych kandydatów, o ile tacy zaistnieją i spełnią kryterium społecznego zaangażowania a nie partyjnych marzeń o władzy.

I co teraz z inicjatywą ustawodawczą, którą poparło podpisem ćwierć miliona Polaków? Co z naszą Puszczą?

Od początku nie miałem złudzeń o co SLD chodzi. Każdy kto sprawdzi mapę wyborów z 2007 roku odkryje jedną prawdę, o intencjach tych, którzy byli za, a są przeciw. W końcu rok 2011 to rok wyborów i głosy zbierać trzeba. Przekonajcie się sami.

wtorek, 1 marca 2011

Telewizja Łukaszenki o niedobrych ekologach

Białowieża. Cud natury i świata. Głosujcie. Grzmiały lokalne media, wzywając do wystawienia Puszczy Białowieskiej, jako kandydatkę do tego chlubnego tytułu. Nic nie wyszło, tylko, czy ten tytuł sprawił, że odpowiedzialni za niszczenie Puszczy wstrzymaliby swoje działania? Raczej nie, o czym można przekonać się z pewnego telewizyjnego materiału.

Po obejrzeniu materiału białoruskiej telewizji, w której miejscowi wychwalali gospodarkę leśną pod rządami Łukaszenki, człowiek myśli i drapie się w głowę, skąd biorą się w Polsce obrońcy "wielkiego Aleksandra". Jeśli jest tak dobrze, na tej Białorusi, dlaczego nie poprosić o azyl, i tam nie ciąć z miejscowymi leśnikami Puszczy?

A na Białorusi "raj". Dyrektor parku narodowego po stronie białoruskiej wyasfaltował leśne drogi, aż 200 kilometrów. I łapie się za głowę, bo po tej polskiej stronie martwe drewno się wala, nikt nie sprząta. Co za niegospodarność. A potem reporter na tle sosnowego młodnika, odmalowuje wizję "dobrze zarządzanego" lasu. Sosna przy sosence i koniec. A jak nie, to ten las wam wygnije, drodzy widzowie, i nie będzie niczego - puentuje dziennikarz z telewizji ONT. Tak powstał reportaż o niegospodarnej Polsce i złych ekologach, wyemitowany w nie byle jakiej telewizji, bo białoruskiej, oficjalnie obsługującej reżim Łukaszenki. Kolejna odsłona kiepskiego dramatu, który reżyserują przeciwnicy ochrony Puszczy Białowieskiej.

Przekonajcie się sami. Trochę to film Barei przypomina, tyle, że w tym przypadku nie wyśmiewa reżimu, a chwali ten reżim całkiem na serio. A przy okazji uczy, jak Łukaszenko chroniłby polską część Puszczy.